Tło
Wielkie rozboje, czyli kto powinien płacić za historyczne kradzieże mienia
27-02-2026

Historia ludzkości to kronika nieustannej walki o terytoria i zasoby – najpierw między plemionami, a następnie między państwami. Biorąc pod uwagę skalę minionych konfliktów, przetrwanie naszego gatunku zakrawa na fenomen, zwłaszcza w cieniu tragicznych doświadczeń dwudziestowiecznych systemów totalitarnych. Mimo to nadal trwamy, choć rywalizacja o strefy wpływów nie ustała – zmieniły się jedynie jej formy i metody.

Pokłosiem tej burzliwej przeszłości są stale wysuwane i zgłaszane roszczenia, kierowane nie tylko pod adresem dawnych agresorów, lecz także uczciwych nabywców zagrabionych niegdyś ziem. Manifestują się one w żądaniach reparacji lub restytucji mienia. Rodzi to jednak fundamentalne pytania o istotę sprawiedliwości: czy moralnie uzasadnione jest odebranie jednostce domu zamieszkiwanego przez jej rodzinę od pokoleń tylko dlatego, że ziemia, na której go zbudowano, należała niegdyś do innego rodu lub innej nacji? Jak rozstrzygnąć tak głęboko zakorzeniony konflikt, tak aby nie stał się on źródłem nowej, niesprowokowanej krzywdy?

Sformułowanie zadowalających odpowiedzi i obiektywnych wniosków wymaga w pierwszej kolejności precyzyjnego zdefiniowania prawa własności. To ono stanowi bowiem jedyne wymierne kryterium sprawiedliwości – fundament, o którym zdają się zapominać nawet niektórzy libertarianie, gdy przychodzi im analizować złożone konflikty narodowe na przestrzeni dziejów.

Od autowłasności do granic gruntów

Pojęcie własności jest tak fundamentalne, że niemal każdy z nas rozumie je intuicyjnie. W konsekwencji większość ludzi dłużej się nad tym nie zastanawia, poprzestając na sformułowaniu co najwyżej ogólnikowych definicji. Tymczasem to właśnie przez pryzmat własności można zdefiniować niemal wszystkie kluczowe zjawiska społeczne. Jak wskazuje Hans-Hermann Hoppe, agresja staje się fizycznym naruszeniem cudzej własności, kontrakt – dobrowolną relacją między właścicielami, a socjalizm – zinstytucjonalizowaną polityką agresji. W tego typu optyce kapitalizm (choć, jak sugeruje Deirdre McCloskey, warto określać ten system mianem innowizmu) jawi się jako system oparty na bezwzględnym poszanowaniu prawa własności oraz nienaruszalności umów[1].

Tak szerokie ujęcie własności nie jest jedynie teoretycznym ćwiczeniem; wynika ono bezpośrednio z fizycznej rzadkości dóbr (przy czym to człowiek stanowi najrzadsze, a co za tym idzie – najcenniejsze ze znanych dóbr). To właśnie deficyt zasobów tworzy nieuniknione ryzyko konfliktów o ich wykorzystanie – zjawisko, które w różnej postaci towarzyszy ludzkości od zarania dziejów. Historia dostarcza nam licznych przykładów masowych naruszeń tego porządku przez aparat państwa: od rzymskich konfiskat i feudalnego poddaństwa, aż po tragiczne w skutkach dwudziestowieczne nacjonalizacje i przymusowe przesiedlenia. W tym kontekście właściwą funkcją praw własności jest zapobieganie sporom o rzadkie zasoby poprzez precyzyjne przypisanie tytułów do wyłącznego rozporządzania nimi[2].

Aby jednak system ten był obiektywny i sprawiedliwy, nie może opierać się na arbitralnych decyzjach władzy, lecz musi posiadać trwały fundament etyczny. Fundamentem tym jest zasada autowłasności (ang. self-ownership), sformułowana pierwotnie przez Johna Locke’a[3]. Głosi ona, że każdy człowiek posiada wyłączne prawo własności do własnej osoby, a co za tym idzie – również do owoców pracy swojego ciała i wytworów swoich rąk.

Murray Rothbard rozkłada tę kwestię na czynniki pierwsze, analizując „filozofię społeczną Crusoe” – studium jednostki zmagającej się z naturą. Ten pierwotny stan można uznać za domyślny stan niedostatku (biedy), w którym hipotetyczny pierwszy człowiek dysponuje wyłącznie własnym ciałem i umysłem. Musi on wykorzystać dostępne zasoby: zainwestować czas w naukę i przekuć energię w doświadczenie, aby przetrwać i podnieść standard własnej egzystencji. W takim położeniu człowiek operuje wyłącznie w obrębie praw naturalnych (do życia, wolności i własności) w relacji do sił przyrody. Prawo pozytywne (stanowione) tu nie istnieje – nie ma bowiem ani takiej potrzeby, ani podmiotu, który byłby w stanie je narzucić i wyegzekwować.

Rothbard rozwija tę myśl, wskazując, że autowłasność nie jest jedynie konstruktem prawnym, lecz faktem wynikającym z samej natury ludzkiej świadomości. W Etyce wolności precyzyjnie opisuje ten stan:

Jednostka, dokonując introspekcji swej własnej świadomości, odkrywa także pierwotny i naturalny fakt własnej wolności: swej wolności wyboru, wolności używania lub nieużywania rozumu czy innej dowolnej kwestii. Ujmując rzecz prościej: poznaje naturalny fakt swej „wolnej woli”. Odkrywa także, że czymś naturalnym jest panowanie umysłu nad ciałem i jego aktywnością, innymi słowy, że jest w posiadaniu samej siebie[4].

Następnie Rothbard rozszerza ową analizę relacji człowiek–natura na świat realny. Wprowadzenie postaci Piętaszka do rozważań nad izolacją Robinsona Crusoe służy wykazaniu, w jaki sposób obecność drugiej osoby zmienia sytuację etyczną i ekonomiczną. Wnioski te można bezpośrednio odnieść do współczesności. W tym punkcie ekonomia ujawnia fundamentalną prawdę o interakcjach międzyludzkich: warunkiem ludzkiej pomyślności jest nie tylko sama produkcja, ale przede wszystkim dobrowolna wymiana.

Krótko mówiąc, Crusoe może na swojej części wyspy łowić ryby, podczas gdy Piętaszek na swojej uprawia pszenicę. Jeśli obaj uznają zasadę dobrowolności, mogą wymieniać się nadwyżkami swoich dóbr, zwiększając tym samym standard życia obu stron. Taka współpraca wymaga jednak bezwzględnego poszanowania praw własności do zajmowanego kawałka ziemi. I tu dochodzimy do kluczowego pytania: do jakiego konkretnie obszaru Crusoe i Piętaszek mogą rościć sobie prawo?[5]

Skoro każdy człowiek jest autowłaścicielem, a co za tym idzie – ma pełne prawo do owoców własnej pracy, to poprzez „przedłużenie” tej zasady staje się on właścicielem dóbr, które wytworzył lub pozyskał z nieposiadanego wcześniej stanu natury. Kto zatem ma prawo do samej ziemi? Wyłącznie ten, kto przejmuje daną przez naturę materię i przekształca ją według własnego zamysłu, używając do tego energii i pracy (laborystyczna teoria własności). Innymi słowy, tytuł własności do danego obszaru przysługuje temu, kto pierwszy go zajął i nadał mu użyteczność.

Jest to kwestia kluczowa – jednostka nie może rościć sobie prawa do gruntów, których nie jest w stanie realnie zagospodarować ze względu na ograniczone możliwości fizyczne[6]. Gdybyśmy przyjęli inne założenie, Crusoe mógłby ogłosić się właścicielem całej Ameryki Południowej, Marsa czy przestrzeni kosmicznej (deklaratywna teoria własności). Taka deklaracja nie miałaby jednak żadnego znaczenia, gdyż nie byłby on w stanie rozporządzać tymi dobrami ani zareagować, gdyby ktoś inny zajął dany obszar[7]. A zatem granica własności ziemi kończy się tam, gdzie sięgają realne możliwości jej uprawy przez jednostkę lub tam, gdzie przebiega granica wyznaczona dobrowolnym kontraktem[8]. Historycznym przykładem konkretyzacji tych zasad był proces ogradzania pól, którego skutkiem było istotne podniesienie efektywności rolnictwa oraz doprecyzowanie tytułów własności[9].

Od autowłasności do hegemonii

Rozszerzmy tok rozumowania Rothbarda na kolejne sytuacje – tym razem o charakterze konfliktowym przy udziale Nowaka i Kowalskiego – i przeanalizujmy ich skutki oraz możliwe rozwiązania, dzieląc je na sprawiedliwe i niesprawiedliwe.

Kowalski, dostrzegając, że nie jest w stanie samodzielnie zagospodarować większej powierzchni ziemi ani dalej się wzbogacać, postanawia uciec się do agresji. Grożąc Nowakowi utratą zdrowia, zmusza go, by ten przystał na zawłaszczenie przez Kowalskiego całej dotychczas uprawianej ziemi. Jednocześnie agresor oczekuje, że Nowak nadal będzie ją uprawiał.

Działanie Kowalskiego stanowi fundamentalne naruszenie zasady nieagresji (ang. non-aggression principle, NAP). Inicjując przemoc, Kowalski przestaje być uczestnikiem ładu społecznego, a staje się – w myśl definicji Rothbarda – przestępcą naruszającym cudze prawa własności[10].

Wybór Kowalskiego, który rezygnuje z samodzielnego gospodarowania na rzecz przywłaszczenia efektów pracy Nowaka, ilustruje kluczowe rozróżnienie wprowadzone przez Franza Oppenheimera. Kowalski porzuca środki ekonomiczne (własną pracę i dobrowolną wymianę) na rzecz środków politycznych, czyli jednostronnej konfiskaty i grabieży przy użyciu siły. Staje się on „pasożytem”, który nie tylko nie wnosi wkładu do produkcji, ale wręcz ją pomniejsza (ponieważ sam nic nie produkuje, a jednocześnie zniechęca Nowaka do bardziej efektywnej pracy), przekształcając relację społeczną w strukturę hegemoniczną, opartą na rozkazie i posłuszeństwie[11].

Zgodnie z locke’owską zasadą „wymieszania pracy z ziemią”[12] (rothbardowska zasada pierwotnego zawłaszczenia, homestead principle[13]), jedynym prawowitym właścicielem gruntu pozostaje Nowak. Fakt, że Kowalski posłużył się przemocą, nie nadaje mu żadnego prawowitego tytułu własności. W tym ujęciu prawo własności wynika wyłącznie ze sprawiedliwego nabycia danego dobra lub z dobrowolnego przeniesienia tytułu własności. Ponieważ Kowalski złamał obie te zasady, jego roszczenie jest aktem kradzieży ziemi, a uzyskany w ten sposób tytuł ma charakter „przestępczy” i jest z mocy prawa nieważny.

Opisana powyżej sytuacja rzuca światło na naturę niewolnictwa, które jest radykalnym zaprzeczeniem zasady autowłasności. Zmuszając Nowaka do pracy na zagarniętej ziemi, Kowalski dokonuje podwójnego wyzysku: kradzieży zasobów zewnętrznych oraz kradzieży owoców pracy ciała ofiary. Jak argumentuje Rothbard, wola ludzka jest niezbywalna, co czyni każdą formę przymusowej zależności aktem bezprawnym[14].

Relacja Nowak–Kowalski obrazuje genezę państwa jako instytucji. Jeśli Kowalski (a tym bardziej zorganizowana grupa jemu podobnych) narzuca siłą swoją zwierzchność nad Nowakiem, tworzy strukturę, którą św. Augustyn określił mianem „wielkiego rozboju”[15], a Hoppe zdefiniował jako monopolistę w zakresie rozstrzygania konfliktów[16]. W ujęciu libertariańskim państwo jest jedynie zinstytucjonalizowaną formą agresji Kowalskiego, która rości sobie prawo do terytorium i owoców pracy jego mieszkańców mimo braku jakiegokolwiek prawowitego tytułu własności.

W świetle etyki wolności wszelkie próby rozstrzygnięcia zaistniałego konfliktu można podzielić na dwie zasadnicze kategorie, z których pierwsza obejmuje rozwiązania niesprawiedliwe, sankcjonujące akt agresji. Najbardziej jaskrawym przykładem takiego podejścia jest próba utrzymania status quo, czyli uznanie rzekomego „prawa zdobywcy” lub legitymizacja obecnego stanu rzeczy drogą państwowego dekretu. Takie rozwiązanie stanowi w istocie instytucjonalne usankcjonowanie kradzieży oraz zgodę na trwałe zniewolenie Nowaka. Równie niesprawiedliwa jest koncepcja rekompensaty dla agresora, zgodnie z którą Nowak co prawda odzyskuje fizyczną kontrolę nad swoim kawałkiem ziemi, lecz zostaje zmuszony do wypłacenia Kowalskiemu stosownego odszkodowania i zadośćuczynienia. Zgodnie z argumentacją Rothbarda jakakolwiek forma rekompensaty dla złodzieja za zwrot skradzionego mienia jest w rzeczywistości kolejnym aktem kradzieży dokonanym na ofierze. Wadliwe pozostaje również przeniesienie tytułu własności na osobę trzecią. Gdyby Kowalski sprzedał ukradzioną ziemię Iksińskiemu, a ten byłby świadomy przestępstwa popełnionego przez tego pierwszego, wówczas nie nabyłby on żadnych realnych praw, stając się w świetle prawa jedynie paserem (do analizy tej relacji powrócimy w dalszej części artykułu, rozpatrując ją jednak w innym ujęciu). Wynika to z logicznej zasady, że nikt nie może skutecznie przenieść tytułu własności, którego sam legalnie nie posiada.

Zupełnie inny charakter mają rozwiązania sprawiedliwe, osadzone głęboko w prawie naturalnym. Fundamentem przywrócenia ładu jest tutaj natychmiastowa i bezwarunkowa restytucja mienia, czyli pełny zwrot tytułu własności do ziemi pierwotnemu i prawowitemu właścicielowi bez jakiegokolwiek odszkodowania dla agresora. Warto podkreślić, że sprawiedliwość dopuszcza również czynną obronę konieczną. W momencie inicjacji przemocy Nowak – lub reprezentująca go agencja ochrony – ma pełne prawo do użycia siły fizycznej w celu odparcia ataku. Ponieważ Kowalski, naruszając granice cudzej własności, sam wykluczył się z porządku prawnego, Nowak może posunąć się do wszelkich niezbędnych środków (aczkolwiek ograniczonych zasadą proporcjonalności odwetu), aby uniknąć zniewolenia. Ostatecznym dopełnieniem sprawiedliwego rozwiązania jest prawo ofiary do uzyskania odszkodowania (reparacji). Nowak może zasadnie domagać się od Kowalskiego odszkodowania i zadośćuczynienia za utracone w czasie niewoli korzyści, za zmarnowany czas oraz za doznane cierpienie, nawet jeśli miałoby się to sprowadzać wyłącznie do samej groźby użycia przemocy, co stanowi pełną realizację zasady naprawienia wyrządzonej krzywdy.

Utrwalenie bowiem agresji Kowalskiego prowadzi do nieuchronnej degeneracji społecznej. Nowak, pozbawiony owoców własnej pracy, traci motywację do produkcji, co skutkuje ogólnym spadkiem dobrobytu. Tworzy się przez to trwała struktura kastowa: klasa wyzyskująca (aparat przymusu) oraz klasa wyzyskiwana (producenci). Sprawiedliwość wymaga więc, aby tytuły do ziemi (czy każdej innej własności) zostały przekazane pierwotnym i prawowitym właścicielom bez żadnej rekompensaty dla monopolistycznych posiadaczy.

W opozycji do tak rygorystycznego ujęcia sprawiedliwości pojawia się stanowisko usprawiedliwiające aparat przymusu, reprezentowane między innymi przez Petera Vallentyne’a. Nosi ono miano fallibilizmu[17] i opiera się na założeniu, że skoro ludzie z natury są omylni, to tworzone przez nich instytucje będą nieuchronnie – i często nieumyślnie – naruszać cudze prawa. Vallentyne wprowadził więc „progową koncepcję sprawiedliwości” (ang. threshold conception of justice). Zakłada ona, że państwo jest sprawiedliwe wtedy i tylko wtedy, gdy narusza prawa jednostek równie rzadko, jak można by rozsądnie oczekiwać od ludzi w ogóle. Podejście to współgra z koncepcją człowieka jako istoty racjonalizującej, a nie w pełni racjonalnej – gdybyśmy bowiem posiadali doskonały rozum, nie popełnialibyśmy błędów.

Na tym jednak kończy się logiczna i empiryczna zgodność fallibilizmu z rzeczywistością. Teoria ta całkowicie pomija bowiem pojęcie odpowiedzialności, a co ważniejsze – ignoruje dowody historyczne świadczące o tym, że państwo nie ogranicza się do okazjonalnych pomyłek. Historia dowodzi bowiem, że instytucja ta trwa nie dzięki ochronie praw naturalnych (w tym praw własności), lecz dzięki ich systematycznemu łamaniu. Fallibilizm zakłada, że gdyby zdefiniować sprawiedliwość jako absolutny, bezbłędny brak jakichkolwiek naruszeń, żadne państwo nie mogłoby zostać uznane za sprawiedliwe. Sęk w tym, że sprawiedliwość – a co za tym idzie, odpowiedzialność – zdefiniowana jest właśnie w sposób absolutny (współmożliwy lub komposybilny): w oparciu o nienaruszalne prawo do życia, wolności i własności. To zaś czyni państwo instytucją absolutnie niesprawiedliwą, przynajmniej w jego dotychczasowych formach.

Wskazuje to jednoznacznie, że świat stanie się tym sprawiedliwszy, im szybciej porzucone zostaną owe przemocowe modele zarządzania społeczeństwami na rzecz relacji opartych na dobrowolności.

Od oszustwa do własności

Właśnie w świecie opartym na nienaruszalności umów kluczowe staje się rozstrzyganie konfliktów, w których dobra wiara zderza się z faktem pierwotnej grabieży. Sytuacja ta komplikuje się drastycznie w momencie, gdy Kowalski, będący przestępcą-posiadaczem ziemi, decyduje się na jej sprzedaż nieświadomej osobie trzeciej, Iksińskiemu. Przyjmujemy więc, że Iksiński nie jest paserem w ścisłym tego słowa znaczeniu, lecz nabywcą w dobrej wierze: nie posiadał on wiedzy o akcie agresji wobec Nowaka i dokonał transakcji w przekonaniu o jej legalności. Gdy prawda o pierwotnym przestępstwie wychodzi jednak na jaw, stajemy wówczas przed problemem dwóch poszkodowanych stron, z których każda dysponuje uzasadnionym roszczeniem etycznym i prawnym.

W ujęciu prawa naturalnego pierwszeństwo zawsze przysługuje Nowakowi jako pierwotnemu i prawowitemu właścicielowi. Zgodnie z zasadą wywodzącą się z prawa rzymskiego, że nikt nie może przenieść na drugą osobę więcej praw, aniżeli sam posiada (nemo plus iuris ad alium transferre potest quam ipse habet), transakcja między Kowalskim a Iksińskim była od samego początku nieważna. Ziemia musi zatem bezwarunkowo wrócić do Nowaka, gdyż to on „wymieszał z nią swoją pracę”, a jego tytuł własności nigdy nie wygasł w sposób dobrowolny. Restytucja gruntu oraz prawo do odszkodowania i zadośćuczynienia za doznane cierpienie stanowią fundament przywrócenia sprawiedliwości wobec pierwszej ofiary.

Jednocześnie nie można pominąć krzywdy Iksińskiego, który stał się ofiarą oszustwa. Choć nie nabył on prawa do ziemi, nabył on pełne prawo do roszczeń wobec Kowalskiego. Iksiński został bowiem pozbawiony środków finansowych w wyniku wprowadzenia w błąd przez agresora. W tym układzie Kowalski staje się dłużnikiem dwóch stron: musi zwrócić ziemię i zrekompensować straty Nowakowi oraz zwrócić pieniądze i wypłacić stosowne odszkodowanie Iksińskiemu. To na Kowalskim jako jedynym inicjatorze agresji i oszustwa spoczywa całkowity ciężar finansowy oraz moralny naprawienia szkód wyrządzonych obu poszkodowanym przez niego osobom.

Taki rygorystyczny wymóg zwrotu skradzionego mienia, nawet gdy trafiło ono w ręce nabywcy w dobrej wierze, jest naturalną konsekwencją przyjęcia zasady, że kupujący dokonuje transakcji na własne ryzyko i że to on musi upewnić się co do legalnego pochodzenia nabywanego dobra. Choć państwowe systemy prawne często chronią takich nabywców poprzez instytucję „instrumentów obiegowych”, z libertariańskiego punktu widzenia jest to systemowe i niedopuszczalne naruszenie obiektywnych praw własności pierwotnej ofiary. Ponieważ własność oderwana przemocą od pierwszego i prawowitego właściciela nigdy nie staje się legalna względem agresora, nabywca w dobrej wierze nie ma wyjścia i odszkodowania za doznane oszustwo musi domagać się wyłącznie od złodzieja[18]. Wymusza to zasada caveat emptor – kupujący musi zachować ostrożność, co oznacza, że skradzione przedmioty zawsze mogą i powinny zostać odzyskane od ich obecnego, nieprawowitego posiadacza[19]. Jednocześnie to na osobie upominającej się o mienie, jako powodzie, spoczywa ciężar dowodu.

Upływ czasu a kradzież

Opisany powyżej przypadek jest wciąż stosunkowo łatwy do zrozumienia. Problem komplikuje się znacznie, gdy do naszej analizy dodamy upływ czasu, a wraz z nim postępującą entropię informacji, która zaciera dowody i utrudnia weryfikację dawnych tytułów własności. Dotychczasowe rozważania stanowiły jedynie wstęp do tego kluczowego zagadnienia.

Rozważmy scenariusz, w którym Iksiński odkupuje od Kowalskiego ziemię należącą do Nowaka. Pierwotny i prawowity właściciel nigdy nie odzyskuje swojej własności – być może o nią nie walczył, przegrał spór przed sądem lub po prostu zmarł. Pozostawił jednak syna, Nowaka juniora, który już jako dorosły postanawia upomnieć się o ojcowiznę. Problem polega jednak na tym, że Kowalski już nie żyje. Czy Nowak junior ma wobec tego prawo domagać się odszkodowania od Iksińskiego? Albo czy może odebrać mu ziemię siłą?

W świetle libertariańskiej teorii sprawiedliwości tytuł własności posiadany przez Iksińskiego należy uznać za nadal całkowicie nieważny, ponieważ nabył on ziemię pochodzącą z kradzieży, a złodziej (Kowalski) nie mógł mu skutecznie przekazać tytułu własności, którego sam nigdy nie posiadał. Nawet jeśli Iksiński nabył tę własność w dobrej wierze, nie zwalnia go to z obowiązku jej zwrotu prawowitemu właścicielowi. Ponieważ Nowak junior wciąż żyje i jest możliwym do zidentyfikowania dziedzicem pierwotnej ofiary (Nowaka), jest on w dalszym ciągu jedynym prawowitym właścicielem tego mienia. W konsekwencji Iksiński musi natychmiast przekazać mu tę ziemię – czy tego chce, czy nie – i nie ma prawa domagać się od Nowaka juniora absolutnie żadnego odszkodowania czy rekompensaty z tego tytułu. Z racji tego, że sam Iksiński nie ukradł nikomu ziemi, nie podlegałby on dodatkowej karze – musi jednak bezwarunkowo zwrócić zagrabione mienie. Ciężar straty finansowej po zmarłym złodzieju Iksiński bierze na siebie[20], zachowując przy tym prawo do roszczeń wobec spadkobierców Kowalskiego – zgodnie z zasadą, że dziedziczeniu podlegają nie tylko aktywa, ale i zobowiązania zmarłego.

Jeśli chodzi o metody odzyskania ojcowizny, Nowak junior ma pełne prawo do tego, by wyegzekwować sprawiedliwość, a w przypadku braku współpracy ze strony Iksińskiego odebrać mu tę ziemię siłą. Prawa własności opierają się na zasadzie, że nikt nie może być nazwany prawdziwym właścicielem danego dobra, jeśli nie wolno mu go bronić, a w razie konieczności także odzyskać z rąk przestępców z użyciem fizycznej przemocy[21]. Zatrzymanie ziemi przez Iksińskiego po ujawnieniu faktu, że jest to mienie kradzione, czyniłoby z niego osobę bezprawnie naruszającą cudzą własność, do której nie ma ona żadnego tytułu prawnego. Prawa naturalne wprost legitymizują prawo ofiary (oraz jej spadkobierców) do zastosowania siły w celu odzyskania skradzionej własności, co traktuje się jako uprawnioną obronę, a nie nieuzasadnioną agresję. Tym samym Nowak junior może posłużyć się przymusem, aby usunąć Iksińskiego ze swojej ziemi i przywrócić sprawiedliwy stan posiadania[22].

Okazuje się jednak, że Nowak junior nie zdołał odzyskać ojcowizny. Iksiński, szukając ochrony przed roszczeniami prawowitego spadkobiercy, zalegitymizował aparat państwowy (owego „wielkiego rozbójnika”) stworzony niegdyś przez Kowalskiego. Nowak junior umiera więc z poczuciem głębokiej niesprawiedliwości. Z upływem wieków jego potomkowie zapominają jednak o dawnej krzywdzie. Prowadzi to do sytuacji, w której roszczenie ostatecznie wygasa – dzieje się tak, gdy w wyniku historycznej kradzieży pierwotna ofiara oraz jej dziedzice zmarli lub nie da się ich zidentyfikować i odnaleźć. W takim przypadku obecny posiadacz, nawet jeśli jest potomkiem złodzieja lub jeśli nabył majątek w dobrej wierze, uzyskuje pełne prawo własności. Wynika to z faktu, że z uwagi na brak konkretnego spadkobiercy nie istnieje już żaden podmiot, któremu należałoby zwrócić zrabowane mienie[23].

Co jednak, gdy pewnego dnia jeden z potomków Nowaka natrafia na dokument potwierdzający prawo własności przodka? W tym samym czasie spadkobiercy Iksińskiego żyją w pokoju, dbają o ziemię i uprawiają ją, „mieszając z nią własną pracę”. Czy po tak długim czasie daleki potomek Nowaka wciąż ma te same prawa co Nowak junior i czy może zgłaszać jakiekolwiek roszczenia do ziemi należącej pierwotnie do Nowaka?

Zgodnie z rygorystyczną teorią sprawiedliwości i praw własności upływ czasu nadal nie legalizuje kradzieży, a daleki potomek Nowaka dysponuje w tej sytuacji dokładnie takim samym prawem do odebrania ziemi złodziejowi, co Nowak junior. Prawowite nabycie własności poprzez „zmieszanie z nią własnej pracy” dotyczy bowiem wyłącznie zasobów znajdujących się w stanie natury, czyli takich, które nie były wcześniej przez nikogo posiadane (na drodze pierwotnego zawłaszczenia)[24]. Ziemia, na której w pokoju gospodarowali spadkobiercy Iksińskiego, posiadała już prawowitego właściciela, więc wykonana przez nich praca nie daje im ważnego tytułu własności, a jedynie utrwala wyzysk – nawet jeśli jest on sankcjonowany przez aparat państwowy i prawo stanowione. Fakt, że potomkowie Iksińskiego osobiście nie ukradli tej ziemi i uprawiali ją w dobrej wierze, nie zwalnia ich z odpowiedzialności materialnej. Wtedy i tylko wtedy, gdy dziedzic pierwotnej ofiary wciąż żyje i gdy został w sposób niebudzący wątpliwości zidentyfikowany, obecny spadkobierca Iksińskiego musi bezzwłocznie i bez jakiegokolwiek odszkodowania zwrócić mu zagrabiony majątek lub wypłacić mu stosowną rekompensatę. Jednocześnie on sam – stając się nową ofiarą historycznej kradzieży – zachowuje pełne prawo do dochodzenia sprawiedliwości poprzez identyfikację i pociągnięcie do odpowiedzialności dziedziców pierwotnych grabieżców.

Zupełnie inne spojrzenie na ten dylemat oferuje jednak nurt utylitarystyczny, reprezentowany między innymi przez Ludwiga von Misesa, który zauważył, że u historycznych źródeł niemal każdej własności prywatnej można dostrzec akty dawnej przemocy, bezprawne wywłaszczenia czy podboje państwowe[25]. O ile dla Rothbarda obrona takich niesprawiedliwych, zadawnionych tytułów własności stanowi wyraz etycznego nihilizmu[26], o tyle Mises uważał, że w imię nadrzędnego celu, jakim jest pokój społeczny i utrzymanie niezakłóconego systemu produkcji, słuszne jest pozostawienie ich w mocy. Gdyby dzisiejsze społeczeństwo zdecydowało się na zadośćuczynienie wszelkim dawnym krzywdom, kradzieżom i podbojom na podstawie odnalezionych po stuleciach dokumentów, musiałoby podjąć się katastrofalnego w skutkach projektu, co nieuchronnie doprowadziłoby do powstania nowych form niesprawiedliwości, fizycznej degradacji relacji społecznych oraz kolejnych niebezpiecznych doktryn i ideologii.

Innymi słowy, w świetle powyższego, choć własność pierwotnego właściciela – a tym samym zasadność roszczenia jego potomków do tej własności – jest nienaruszalna, z punktu widzenia ładu cywilizacyjnego powinna podlegać przedawnieniu. Wymogi bezpieczeństwa i powszechnego pokoju biorą górę, gdyż – o czym przekonujemy się i dzisiaj – próby zadośćuczynienia zadawnionym krzywdom nieuchronnie prowadzą do naruszenia praw osób obecnie żyjących i niewinnych. Zgodnie z postulatem Misesa, w tym zakresie należy polegać wyłącznie na mechanizmach wolnego rynku. Przywrócenie równowagi w stosunkach własnościowych powinno – jego zdaniem – dokonać się w sposób ewolucyjny, a nie rewolucyjny. Zadanie to należy powierzyć nieskrępowanym siłom rynkowym, które z czasem naturalnie skorygują historyczne zaszłości, pozwalając uniknąć gwałtownych i niesprawiedliwych wstrząsów społecznych[27].

Kto powinien płacić za historyczne krzywdy?

Ustalenie ponad wszelką wątpliwość, kto posiada historyczne prawo do konkretnej ziemi czy do konkretnego mienia, jest dziś w zasadzie niemożliwe. Poza nielicznymi przypadkami, gdy współczesny spadkobierca ofiary dysponuje niezbitymi dowodami historycznej grabieży, brakuje wiarygodnej dokumentacji potwierdzającej prawowite roszczenia. Zadanie to utrudnia brutalny fakt: historia ludzkości to w przeważającej mierze kronika wywłaszczeń i grabieży dokonywanych przy użyciu środków politycznych przez wąskie elity władzy, bogacące się kosztem tych, którzy jako pierwsi pokojowo zagospodarowali daną ziemię. Co więcej, w wyniku wojen i państwowych konfiskat mienia zrabowane tytuły własności wielokrotnie przechodziły z rąk jednych agresorów w ręce drugich, zacierając ślady po pierwotnych i prawowitych właścicielach.

W świetle prawa naturalnego sprawiedliwość wymaga, aby ewentualne roszczenia odszkodowawcze kierować – na zasadzie dziedziczenia zobowiązań – bezpośrednio do sprawców pierwotnej agresji i grabieży, ich potomków dysponujących skradzionym majątkiem lub do samego aparatu państwowego, który ten proceder sankcjonował. Mimo świadomości ogromnych trudności – wynikających z braku historycznych dowodów oraz dysproporcji sił w starciu z aparatem władzy i sprzymierzonym z nim biznesem – jako społeczeństwo musimy postulować rozwiązania jednoznaczne i oparte na etyce: w jej wymiarze deontologiczno-konsekwencjalistycznym. Postulat ten ma fundamentalne znaczenie, gdyż dopóki grabieżcy nie będą ponosić pełnej odpowiedzialności za swoje działania, dopóty przemoc – zwłaszcza ta o charakterze systemowym – pozostanie opłacalnym i intratnym zajęciem.

Właśnie z tego powodu to dzisiejsi spadkobiercy i beneficjenci systemowej grabieży – ci, którzy funkcjonują przede wszystkim na koszt podatnika (konsumenci podatków netto) – powinni w pierwszej kolejności ponosić ciężar historycznych rekompensat, spłacając je z własnych kieszeni. Tym samym odpowiedzialność ta w żadnym wypadku nie może obciążać niewinnych osób, które nabyły mienie w dobrej wierze, na drodze swobodnej wymiany rynkowej. Nie możemy bowiem karać współczesnych posiadaczy za to, że ich przodkowie wieki temu osiedlili się uczciwie na danej ziemi i – działając w zgodzie z uniwersalnym prawem własności – trwale zmieszali z nią swoją pracę.

W ostatecznym rozrachunku złożoność historycznych krzywd dowodzi jednego: jedyną drogą do uniknięcia społecznych dramatów jest bezwzględne poszanowanie własności prywatnej, której legitymizacja płynie wyłącznie z dobrowolnych umów, a nie z dekretów grabieżczej władzy. Konkluzja ta staje się ostatnią linią obrony cywilizacji w świecie, w którym współczesne państwa – pod płaszczykiem narodowych interesów czy „racji stanu” – ponownie sięgają po brutalne prawo podboju, roszcząc sobie prawo do cudzej ziemi, do cudzych zasobów i do cudzych nieruchomości. Jeśli bowiem dopuścimy, aby wola i arbitralna władza potężniejszych decydowały o tym, co do kogo należy, wówczas historia nigdy nie będzie nauczycielką życia, a zamiast tego stanie się wyłącznie niekończącym się rejestrem kradzieży i agresji, za które zapłacą kolejne pokolenia niewinnych ludzi.

Mariusz Kochański


[1] H.-H. Hoppe, Teoria socjalizmu i kapitalizmu. Ekonomia, polityka i etyka, Instytut Ludwiga von Misesa, Wrocław 2015, s. 9.

[2] Tamże, s. 10.

[3] J. Locke, Dwa traktaty o rządzie, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1992.

[4] M.N. Rothbard, Etyka wolności, Freedom Publishing, Wrocław 2021, s. 118–119.

[5] Tamże, s. 122–123.

[6] J. Locke, dz. cyt., s. 189–190.

[7] W tym sensie żaden historyczny władca nie mógł zasadnie ogłosić się właścicielem rozległego terytorium (na przykład obszaru wielkości współczesnej Polski) bez uprzedniego stworzenia aparatu przymusu. Wymagało to zwerbowania sprzymierzeńców w zamian za obietnicę udziału w łupach (benefitach), a następnie sterroryzowania ludności zamieszkującej dany obszar w celu wymuszenia posłuszeństwa.

[8] Zob. D.N. McCloskey, Burżuazyjna godność, Instytut Edukacji Ekonomicznej im. Ludwiga von Misesa, Wrocław 2017, s. 226.

[9] Tamże, s. 227.

[10] M.N. Rothbard, dz. cyt., s. 144–145.

[11] F. Oppenheimer, The State, Vanguard Press, New York 1926, s. 24–27; Por. M.N. Rothbard, Egalitaryzm jako bunt przeciw naturze, Fijorr Publishing, Warszawa 2009, s. 99–100.

[12] J. Locke, dz. cyt., s. 191–194.

[13] M.N. Rothbard, Egalitaryzm…, s. 158–163.

[14] Tenże, Etyka wolności..., s. 251.

[15] Św. Augustyn, De civitate Dei, IV, 4: „Remota itaque iustitia quid sunt regna nisi magna latrocinia?”, dosłownie: „Więc kiedy zniknie sprawiedliwość, czymże będą królestwa, jeśli nie wielkimi rozbojami?”. W polskim przekładzie: „Wyzute ze sprawiedliwości państwo, czyż nie jest bandą rozbójniczą?” (tenże, Państwo Boże, tłum. W. Kubicki, Kęty 2002). Użyty w tekście termin „wielki rozbój” stanowi interpretację łacińskiego rzeczownika latrocinium, który w liczbie mnogiej oznacza zarówno akty grabieży, jak i same grupy przestępcze. Choć ks. Władysław Kubicki kładzie nacisk na aspekt osobowy (podmiotowy), semantyka łacińska w pełni uzasadnia ujęcie akcentujące charakter samej czynności i natury powstałej struktury władzy.

[16] H.-H. Hoppe, Krótka historia człowieka. Libertariańska rekonstrukcja postępu i upadku, Fijorr Publishing, Warszawa 2014, s. 79, 108–109, 174.

[17] Zob. S. Hanuszkiewicz, Znaczenie fallibilizmu, praca doktorska, Instytut Filologiczny, Uniwersytet Zielonogórski, Zielona Góra 2003.

[18] M.N. Rothbard, Ekonomia wolnego rynku, Fijorr Publishing, Instytut Ludwiga von Misesa, Warszawa 2017, s. 160–161. Zob. także: E.A. Głuszcz, Problematyka moralna w austriackiej szkole ekonomii, PAFERE, Warszawa 2018, s. 101.

[19] M.N. Rothbard, Etyka wolności..., s. 64.

[20] Tenże, Egalitaryzm..., s. 158–159.

[21] Tenże, Etyka wolności..., s. 21.

[22] Tamże, s. 135.

[23] M.N. Rothbard, Interwencjonizm, czyli władza a rynek, Fijorr Publishing, Warszawa 2009,s. 190–191.

[24] H.-H. Hoppe, Teoria socjalizmu i kapitalizmu..., s. 17.

[25] L. von Mises, Ludzkie działanie. Traktat o ekonomii, Instytut Ludwiga von Misesa, Warszawa 2011, s. 579.

[26] M.N. Rothbard, Etyka wolności...,s. 133–135.

[27] L. von Mises, Teoria a historia. Interpretacja procesów społeczno-gospodarczych, Wydawnictwo Naukowe PWN, Instytut Ludwiga von Misesa, Warszawa 2011, s. 232–233; Zob. także: E.A. Głuszcz, dz. cyt., s. 101.